“Odnawialny” Blog

Jeszcze jeden Blog EkoNews blog

   maja 01

Dlaczego nie spadają ceny świadectw pochodzenia za energię z OZE?

Mowa będzie o cenie notowanych na Towarowej Giełdzie Energii (TGE) praw majątkowych do świadectw pochodzenia (ŚP) wydawanych przez Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki (URE) za energię wyprodukowaną w odnawialnych źródeł energii (OZE). Jedno ŚP to 1 MWh zielonej energii elektrycznej, której szybko przybywa. Czy rzeczywiście spada cena ŚP, czy spadnie w wyniku ich spodziewanej nadpodaży w stosunku do obowiązku (określone minimum na dany rok) wynikającego z rozporządzenia? Wybór ”tematu” sam w sobie może być kontrowersyjny bo ktoś może powiedzieć „kracz a wykraczesz” lub skoro jest zaskakująco „cicho nad tą trumną” (tu nota bene z napisem “ŚP”) to pewnie jakieś powody muszą być. Można np. postawić tezę, że w sprawie ryzyka nadpodaży ŚP część bardziej świadomych uczestników rynku ma powody do zachowania dyskrecji, a część nie wie jeszcze o co chodzi? Ale wtedy, jak twierdzi ekonomista Joseph Stiglitz, nie ma symetrii informacyjnej i nie ma też rynku. System ŚP jako instrument wsparcia OZE - w swej wersji ortodoksyjnej stosowny jest w zasadzie już tylko w Polsce - nie jest przejrzysty, a ryzyko skutków nadpodaży ŚP nie wszystkich jednakowo dotyczy.

O tym, że wobec zatrzymania wzrostu obowiązku ilościowego energii z OZE - w latach 2010-2012 pozostaje on na stałym poziome 10,4% - oraz dużej dynamice wzrostu energii elektrycznej z OZE (głównie ze współspalnia oraz energetyki wiatrowej) ceny ŚP mogą spaść już w pierwszej połowie 2012 roku pisał Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) w opracowaniach z końca 2011 roku dla Ministerstwa Gospodarki (MG) oraz dla PSEW dotyczących także analizy skutków wystąpienia nadpodaży ŚP na sektor OZE. Wyniki tych opracowań były omawiane/komentowane w mediach. IEO informował, że trwała nadpodaż ŚP będzie bardzo niekorzystna zwłaszcza dla małych, niezależnych wytwórców energii z OZE, tych którzy sprzedają ŚP poprzez giełdę (nie w tzw. kontraktach długoterminowych - obecnie większość) oraz, że na rynku zwiększa się koncentracja dużych firm energetycznych które dyktują warunki funkcjonowania rynku ŚP, zarówno od strony podaży (10 największych producentów obejmuje ponad 50% rynku) jak i popytu (2 największych sprzedawców energii odbiorcom końcowym).
Kluczowe rekomendację IEO to:
podniesienie w rozporządzeniu Ministra Gospodarki celów ilościowych dla OZE na lata 2012-2020, co najmniej do poziomu produkcji energii elektrycznej z OZE zakładanego w KPD
• w ustawie o OZE: wyłączenie z systemu wsparcia świadectwami pochodzenia inwestycji zamortyzowanych (oddanych przed 1997 rokiem) oraz wprowadzenie współczynników korekcyjnych wiążących ilość wydawanych świadectw pochodzenia z ilością wyprodukowanej energii, uwzględniających uzasadnione koszty produkcji energii z OZE (w szczególności ograniczenie wsparcia dla współspalania w postaci wprowadzenia współczynnika korekcyjnego w wysokości nie większej niż 20% oraz ograniczanie spalania drewna pełnowartościowego)
• wyłączenie małych źródeł energii odnawialnej z systemu świadectw pochodzenia i objęcie ich mechanizmem stałych cen (z możliwością korekt uwzględniających stan rozwoju danej technologii), na okres 15 lat,
• zapewnienie równego dostępu do informacji dla wszystkich interesariuszy, jasny przekaz odnośnie założeń towarzyszących wprowadzeniu ww. działań i nowego systemu wsparcia OZE
.

Rekomendacje te zostały wzięte pod uwagę przez MG przy opracowywaniu projektów aktów prawnych, w tym rozporządzenia o OZE oraz ustawy o OZE (dla porządku link do pierwszej wersji projektu). Choć od strony „psychologicznej” działania takie, nawet jak silnie spóźnione, powinny ustabilizować rynek, to jednak regulacji tych formalnie nie ma (nie wiadomo czy będą w tym roku). Przyjmując zatem że IEO w swoich analizach ma rację, „fizyczne” przekroczenie minimalnego udziału energii z OZE (10,4%) ma właśnie miejsce co powinno mieć potwierdzenie w ilości wydanych ŚP i rynek („o ile rynek jest”, niezawodna Agnieszka Osiecka zawsze pomocna) powinien zareagować właśnie spadkiem cen na ŚP. Przynajmniej tak się dzieje z tzw. czerwonymi certyfikatami z kogeneracji (węglowej) od lipca ub. roku – 3-krotny spadek ceny nadmiarowych w stosunku do zobowiązania praw majątkowych, por. raport TGE).

Póki co (dane do końca marca) informacje z TGE dot. OZE nie wskazują na istotny spadek cen praw majątkowych do zielonych ŚP (oznaczanych obecnie indeksem PM OZE – linia czerwona na wykresie).

Źródło: TGE

W ciągu roku („rok do roku”, od kwietnia 2011 do marca 2012) średnia ważona cena ŚP liczona indeksem PMOZE spadła zaledwie o ok 1,5 zł (z 279,1 do 277,7 zł/MWh). Widać co prawda w ostatnich miesiącach styczeń-marzec 2012 nieco bardziej trend spadkowy, ale spadek wynosi zaledwie 2% (z 283,5 do 277,7 zł/MWh). Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w lutym 2012 zrewaloryzowana została przez Prezesa URE opłata zastępcza (w praktyce ustalająca dotychczas cenę ŚP) z 274,92 (w 2011 r.) do 286,74 zł/MWh, czyli o ok. 4,6% to i tak względne odchylenie ceny ŚP poniżej 7% nie stanowi jeszcze większego problemu. Powstaje jednak pytanie co się będzie dalej?

Pewne światło na niejasną i dość zawiłą sytuację na rynku zmielonych ŚP rzuca opublikowane właśnie „Sprawozdanie z działalności Prezesa URE w 2011 roku”. Choć znaleźć w nim można wiele informacji o kontroli wypełnienia przez podmioty zobowiązane (głównie sprzedawców energii) obowiązku udziału energii z OZE to skorzystanie z umieszczonych w sprawozdaniu danych na potrzeby analizy rynku ŚP nie jest proste. Wynika to z faktu, że sprawozdanie obejmuje tylko rok kalendarzowy działalności, a wydawanie i umarzanie (spełnienie zobowiązania) ŚP odbywa się w okresie od marca do marca. W calach porównawczych, aby lepiej zobrazować aktualną sytuację na rynku ŚP wykonane zostały w IEO zestawienia z ubiegłych lat (w latach kalendarzowych) – wykres poniżej.

Źródło: IEO na podstawie sprawozdań Prezesa URE

W 2011 roku wydano „tylko” 8 487 840,494 ŚP (poniżej 8,5 TWh), czyli tylko 2/3 oczekiwanej; szacowanej po 3 kwartałach (15% wzrost w stosunku do 2010 r.) i prognozowanej przez różne ośrodki np. ARE czy IEO produkcji energii OZE - ok. 12,5 TWh. To był kolejny dobry rok dla energetyki wiatrowej, która wyprzedziła energetykę wodna (2011 rok był słaby meteorologicznie dla energetyki wodnej, ale też mijają lata a nowych inwestycji nie ma) i stała się drugim producentem energii z OZE . Technologia współspalania, choć zdobyła wg wszystkich prognoz ponad 50% udział w rynku, ma za 2011 r. stosunkowo i wyjątkowo na tle innych lat mało już wydanych ŚP. Prezes URE w swoim sprawozdaniu tłumaczy że w 14 przypadkach wydał postanowienia o odmowie wydania zielonych ŚP i podaje ogólne przyczyny odmowy - niedotrzymywanie terminów przedłożenia i występowanie z wnioskiem o świadectwa przed uzyskaniem koncesji lub przed dokonaniem zmiany w koncesji już udzielonej.

Można się tylko domyślać że w tej drugiej sprawie chodzi tu m.in. o “innowacyjność” w wyszukiwaniu przez instalacje współspalające po całym świecie biomasy typu „agro” (wymaganej rozporządzeniem MG, aby ograniczyć „spalanie lasów”) i przekraczanie ram koncesyjnych (i racjonalnych granic) co do wielkości jej udziału w strumieniu paliwa. Przerosło to zapewne zdolnosci URE do kontroli formalnej i choćby wyrywkowych inspekcji “on site”. Sprawy o duże zapewne pieniądze toczą się w sądzie. W praktycznym stosowaniu ŚP doprowadziliśmy do sytuacji, gdy o tym czy energia jest zielona czy nie decydować musi URE i sąd, jak nawet wiemy że zielona nie jest. Wszystko jednak wskazuje na to, ze istnieje znacznie większa niż zazwyczaj (wynika to wprost z wykresu) pula niewydanych ŚP -zwłaszcza dla współspalania, która w każdej chwili może znaleźć się na rynku i wpłynąć na ceny ŚP. Druga hipoteza, bardziej makiaweliczna, to celowe opóźnianie przedstawiania do wydawania i umarzania ŚP przez uczestników rynku, aby nie dopuścić do zbyt szybkiego i zbyt gwałtownego spadku ceny lub korekty prawa. Tylko w 2011 roku wartość rynku zielonych ŚP można było szacować na ok 3,4 mld zł (przyjmując wstępnie, że produkcja energii z OZE wyniosła ok 12,5 TWh) jest więc o co grać. Jeżeli nie zostanie podniesiony cel na 2012 rok albo nie znajdzie się rozwiązania prawnego na ograniczenie praw nabytych w przypadku współspalnia i zamortyzowanej dużej energetyki wodnej) do spadku ceny wcześniej czy później musi dojść.

Bezradni wobec tego faktu pozostaną mali, niezależni (od korporacji) uczestnicy rynku na TGE. Ci więksi w obecnym systemie mogą prowadzić grę, która niekoniecznie pasuje do modelu rynku o jakim np. pisze Stiglitz. System wsparcia ŚP nie tylko że nie sprawdza się wtedy gdy jest ich niedobór - wysokie i nieuzasadnione (jak np. w przypadku współspalania) koszty w systemie, gdy „rynkowość” jest pozorna bo to administracyjnie ustalana opłata zastępcza a nie rynek wyznacza de facto cenę, ale także wtedy gdy jest nadpodaż ŚP; oberwą ci co tworzą realny, zdywersyfikowany i konkurencyjny rynek, a skorzystają i przewagę zdobywają ci którzy prą do jego monopolizacji i rozliczają się w grupach energetycznych (brak wdrożenia zasady tzw. unbundlingu), gdzie trudno rozróżnić kto jest zobowiązanym a kto producentem zielonej energii. Rośnie dodatkowe ryzyko i niestety uzasadnione pytanie czy energia ze współspalania jest rzeczywiście zielona, a to nie jest ryzyko tylko dla wspołspalających(tu koncerny nie ryzykują, rozliczając proporcjonalnie niewielkie koszty także w systemie ETS) ale w systemie zobowiązań ilościowych dla reszty “prawdziwego” rynku OZE. Tak czy inaczej system wsparcia OZE w Polsce zielonymi certyfikatami się degeneruje i jest do remontu (kapitalnego).


   marca 14

Dzielnym obrońcom polskiego przemysłu przed “absolutną polityką gospodarczą UE prowadzoną pod płaszczykiem ochrony klimatu”

Po zawetowaniu przez Polskę konkluzji z piątkowej Rady UE w sprawie tworzenia długofalowej polityki ochrony klimatu widzę tylko „dobrą minę do złej gry” u autorów weta i nie mogę się doszukać żadnych nowych, konkretnych, konstruktywnych argumentów. Jak mantra powtarzana jest teza o zamachu na nasz przemysł, bez nawet najmniejszej próby wyważenia że nie chodzi o cały przemysł i wcale nie o jego najzdrowszą i najbardziej pro-rozwojową cześć. Osoba bezpośrednio wetująca w imieniu Polski, Wiceminister Środowiska - Pani Beata Jaczewska mówiła wprost: „ Podczas rozmów o celach redukcyjnych emisji CO2 nikt nie mówi o ekologii i klimacie. Wszyscy mówią o pieniądzach. Więc my też…. Europejska polityka klimatyczna jest absolutnie polityką gospodarczą. Powstała w tych krajach, które miały już wcześniej opracowane technologie odnawialne”. Radości pod znamiennym dla Polski hasłem “OZE przegrało - węgiel wygrałnie kryje europoseł Bogdan Marcinkiewicz, nie mając nawet cienia obawy, że pewnie wszyscy tu przegrali.

Widać w tych wypowiedziach dwa problemy: a) Polska nie chce tracić tam gdzie i tak straci i dziwić może że nie chce zarabiać tam gdzie można - działając razem, solidarnie z UE, b) nieuzasadnione, niemal całkowite wyizolowanie polityki klimatycznej w Polsce z istoty polityki ochrony środowiska i podporządkowanie jej krótkoterminowym interesom gospodarczym, a to zazwyczaj źle się kończy dla gospodarki. Oczywiście taka polityka odpowiada tradycyjnemu przemysłowi - np. wypowiedź przedstawiciela tzw. „kompleksu paliwowo energetycznego” - Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego -oceniającego polskie weto: „Rząd sprzeciwiając się podwyższeniu limitów redukcji CO2 zadbał o interes polskich firm”. Nie dziwi, choć wygląda jakby polski przemysł zamiast szukać uczieczki w efektywnosci energetycznej i ochrony w sensownej strategii UE, chce samodzielnie iść (tak jak stoi) na z góry przegraną wojnę z Chinami i innymi, których pobić nie może. Ale nawet przemysł ma tu refleksję, której nie widać u wypowiadających się przedstawicieli rządu. Dyrektor Biura Izby mówi: „to czego zabrakło przy wecie było zebranie koalicji - trochę żal, że nikt nas nie poparł…”. Drobiażdżek, prawda?

Nawet mnie, przywykłemu do chodzenia pod prąd, w sytuacji gdy ponad 90% moich rozmówców ma zdecydowanie odmienne zdanie zawsze przychodzi do głowy aby udać się po diagnozę i poradę do … psychologa i sprawdzić czy to już całkowita fiksacja czy tylko objawy :). Ale rząd nie ma takiej refleksji nawet gdy ponad 95% jemu podobnych (głosy na Radzie UE w tej sprawie rozłożyły się jak 26:1) myśli inaczej.

Wrócę do spraw środowiskowych. Wiedząc, że wobec całkowitego braku refleksji lobbującego przemysłu ciężkiego i będących pod jego urokiem decydentów nie ma większych szans na szybką zmianę w myśleniu, nieoczekiwanie trafiłem na artykuł Tomasza Ulanowskiego w Gazecie Wyborczej w sprawie pokrewnej do europejskiej polityki klimatycznej prowadzonej rzekomo wbrew interesom całego naszego przemysłu jaką było i, jak się okazuje jeszcze jest, polityka ochrony warstwy ozonowej. Artykuł został napisany na okoliczność śmierci prof. Rowlanda – noblisty który w 1973 roku odkrył przemysłowe przyczyny (freony) powstawania dziury ozonowej. Ulanowski przytacza na te okoliczność anegdotkę o uczonym. Kiedy po dokonanym odkryciu, któregoś wieczoru wrócił do domu i kiedy żona zapytała go, jak minął dzień, odpalił, że w pracy wszystko OK, kochanie - pocałował żonę na powitanie. - Ale świat czeka rychły koniec :).

Ta kwestia - globalnych skutków działalności przemysłu, ma sporo analogii z obecną koślawą dyskusją o „absolutnej polityce gospodarczej UE” wobec problemu ochrony klimatu. Jak pisze red. Ulanowski, po publikacji odkrycia Rowlanda w “Nature”, wielki przemysł urządził nagonkę przeciwko badaczowi (krytykowali go nawet koledzy po fachu), którą można porównać do dzisiejszych ataków na klimatologów ostrzegających ludzkość przed globalnym ociepleniem. Freony były bowiem wówczas powszechnie używane i trudno było sobie wyobrazić bez nich cywilizację. Ale udało się, po 14 latach zmagań podpisano protokół montrealski.
Zachowania przemysłu w tej sprawie i w innych kwestiach o znaczeniu globalnym (np. wprowadzenie katalizatorów w samochodach czy efektywności energetycznej w urządzeniach domowych) opisywałem na blogu. Znajduje się tam taka konkluzja pokazująca, że polityka niedostrzegania problemów środowiskowych nigdy biznesowi się na dłuższą metę nie opłaca i trzeba tu znacznie więcej elastyczność w myśleniu. Dla porządku zacytuję … samego siebie :): “Prawie zawsze okazywało się, ze najwięksi truciciele, działając już z pełną świadomością na szkodę konsumentów i zarabiając na nich oraz zwalczając zmiany wynajmując nawet agresywnych lobbystów, w praktyce znacznie wczesnej podejmowały działania dostosowawcze, walcząc o utrzymanie pozycji na rynkach w ramach nowych antycypowanych regulacji. Niektóre z nich jak już czuły że uzyskały np. technologiczna przewagę konkurencyjną “przywdziewały zielone szaty” i stawały się rzecznikami zmian. Te które tego nie zrozumiały przestały istnieć”.

Moim zdaniem kontynuacja obecnie prowadzonej w Polsce polityki klimatycznej będzie zgubna zarówno dla polskiego przemysłu jak i dla rządu i kraju mającego ambicje rozwojowe. Rząd musi pilnie szukać porozumienia z UE, a kierujący dotychczas najmniej pro-rozwojowym przemysłem muszą przestać żyć złudzeniami.

PS. Z artykułu red. Ulanowskiego wynika inna “refleksja środowiskowa”, też dla przemysłu OZE, a zwłaszcza producentów pomp ciepła (też tych geotermalnych), pracujących na substytucie freonów – HFCs. Choć nie niszczą ozonu, są gazami silnie cieplarnianymi- 1,6 tys. razy bardziej szkodliwymi niż CO2. Przytoczony w artykule raport UNDP ostrzega, że jeśli zużycie HFCs będzie rosło, to do połowy wieku będzie ono odpowiedzialne za nawet jedną czwartą globalnego ocieplenia. Tu też przemysł musi szukać rozwiązań i nie powinien chować głowy w piasek bo może się obudzić …tak jak w innym polskim przysłowiu. Tym bardziej, że problem dostrzegła już UE w dyrektywie 2009/28/WE…. Czasami różnica pomiędzy “responsible industry” a “free-rider” może być niewielka i wymaga dla pozytywnego odróżnienia się ciągłego wysiłku raczej tych pierwszych, bo tym drugim zwłaszcza w Polsce- jeśli chodzi o samopoczucie - nic nie przeszkadza.


   marca 03

Departament Energii Odnawialnej

Na wniosek Wicepremiera Pawlaka i decyzją Premiera Tuska w Ministerstwie Gospodarki (MG) tydzień temu utworzony został Departament Energii Odnawialnej (DEO). W strukturze ministerstwa departament podlega Ministrowi Mieczysławowi Kasprzakowi – sekretarzowi stanu w ministerstwie - de facto pierwszemu zastępcy ministra gospodarki i obecnie wicepremiera.

Wymieniam te nazwiska i stanowiska aby podkreślić, że energetyka odnawialna staje się właśnie samodzielnym obszarem administracji państwowej i mam nadzieję, że odrębna ustawa o odnawialnych źródłach energii wkrótce ten fakt przypieczętuje. Wolałbym “rynkowe” wdrażanie OZE a nie “instytucjonalne”, ale rynku nie ma też w energetyce, gazie łupkowym czy tym bardziej energetyce jądrowej. Powołanie departamentu jest oczywiście znamienne, bo dzieje się w dobie mniej lub bardziej (raczej to pierwsze) skutecznej deregulacji w gospodarce i programowego jej odbiurokratyzowania oraz ciecia kosztów w administracji państwowej. To zapewne nie była łatwa decyzja do przeprowadzenia (może właśnie szum wokół projektu ustawy o OZE paradoksalnie okazał się pomocny), ale na obecnym etapie stała się koniecznością.
Był taki moment przed naszym wejściem do UE (2000-2003) kiedy do stworzenia podstaw politycznych i prawnych rozwoju branży OZE wystarczył horyzontalny (wielozadaniowy) Departament Ochrony Środowiska w Ministerstwie Środowiska, którym kierował dyrektor Kamieński. Radził też sobie jako wicedyrektor odpowiedzialny już w MG za OZE w latach 2005-2007. Gdy został Dyrektorem Departamentu Energetyki i potem gdy został odwołany problemów zaczynało przybywać lawinowo, głównie z powodu Pakietu klimatycznego UE, kiedy larum wobec ETS podniosła energetyka korporacyjna i jako zorganizowany wpływowy lobbysta wsparta ministrem skarbu przejęła inicjatywę w debacie i zaczęła jeszcze silniej wpływać na politykę energetyczną, Prawo energetyczne także na sektor OZE spychając go na margines dyskusji i próbując wykorzystać (np. współspalanie) jedynie jako przejściowy instrument wdrażania ETS, a nie nowy obszar do trwałego rozwoju.

Do tej pory za OZE odpowiadał i nadzorował Wydział Odnawialnych Źródeł Energii (naczelnikiem wydziału był p. Mariusz Radziszewski) - wicedyrektor departamentu energetyki - Janusz Pilitowski, który obecnie kieruje DEO. To w Wydziale powstawał projekt ustawy o OZE. Projekt krytykowany ale mający jednak kilka dobrych pomysłów (nawet jak za słabo zinstrumentalizowanych) jak ograniczenie wsparcia dla współspalania i dużej energetyki wodnej czy promocji mikroinstalacji, a więc pomysłów które jednak nie zrodziły się w głowach korporacji energetycznych. Nowy departament wymaga wzmocnienia kadrowego. Jest mowa obecnie o 15 pracownikach i choć byłby to wzrost zatrudnienia w tym zakresie w MG o 100% i znaczący postęp, i choć bezwzględnie, co do zasady popieram ograniczanie biurokracji i etatów w administracji to nie sądzę że taki stan zatrudnienia okaże się wystarczającym. Liczy się tez jakość pracowników a takich co znają problemy branży OZE i jednocześnie mają już zdobyte doświadczenie/przygotowanie administracyjne w zasadzie nie ma poza MG. Zostało tylko kilka etatów w MRiRW oraz w MŚ.

Kończy się właśnie termin zgłaszania kandydatur na dyrektora DEO. Wśród wymagań związanych ze stanowiskiem pracy wymienia się m.in. umiejętności z zakresu “… zarządzania konfliktem, efektywnej komunikacji”. W świetle uciążliwego „rozwodu” części pracowników przechodzących do DEO z departamentem energetyki, konieczności „wewnętrznego „rozpychania” się w ministerstwie, ale przede wszystkim wobec dalece niedopracowanego projektu ustawy ilości (na dzisiaj 131!) i zakresu uwag (zapewne ok. 1000 stron rozstrzelonych uwag do tekstu który trudno zrozumieć) nadesłanych do projektu ustawy - pisma z uwagami pod linkiem – te właśnie kompetencje dyrektora nowego departamentu mogą się okazać się kluczowe :).

Nowy departament wymaga też wsparcia organizacyjnego i merytorycznego oraz poparcia politycznego zarówno wewnątrz MG, jak i na zewnątrz. To moim zdaniem dobrze, że nie podlega podsekretarzowi stanu nadzorującemu departament energetyki - tzw. „energetykę z elektroenergetykę”, która coraz bardziej przypomina masę upadłościową o dużych roszczeniach i wymaga diametralnie odrębnego podejścia regulacyjnego (tu: deregulacyjnego). OZE wymagają innego podejścia i ochrony w okresie rozwoju i to dobrze że DEO podlega sekretarzowi stanu. Minister Kasprzak ma trudne i nieoczywiste zadanie – pisałem o tym niedawno, ale wierzę że sobie poradzi – nie ma zbyt wielu departamentów bezpośrednio podległych i konkurencyjnie wyciągających zasoby czasowe i ma dość dobre umocowanie formalne. Może praktycznie pełnić funkcję pełnomocnika rządu ds. OZE i na mocy obecnej ustawy kompetencyjnej koordynować także pracę innych ministerstw i wcale nie żałuję, że tej funkcji formalnie nie ma, bo departament to trwała struktura z potencjałem rozwoju do konkretnej pracy, a pełnomocnik to zazwyczaj doraźna, podatna na lobbing efemeryda polityczna i zawsze wielka niewiadoma.

Jeszcze ważniejsze od wsparcia wewnętrznego jest wsparcie zewnętrzne – czyli środowisk związanych z OZE. Sytuacja jest trudna, choćby z następujących powodów: a) wyczerpanie się możliwości wsparcia OZE instrumentami Prawa energetycznego wzmocnione wyczerpaniem się dotacji z UE na OZE, b) uzasadnione emocje wokół ustawy o OZE oraz c) widoczne już dryfowanie i wyhamowanie rynku oraz d) rosnący zakres niewypełnionych zobowiązań (także terminowych związanych z raportowaniem) wobec KE i to wszystko w okresie „reorganizacji w biegu”. Uważam, że trzeba dać DEO czas na spokojną pracę i duży kredyt zaufania. Ale trzeba wymagać poprawienia i przeprowadzenia ustawy OZE przez rząd i Sejm i Senat, wraz z podpisem Prezydenta przed końcem roku. To najważniejsze i najtrudniejsze przedsięwzięcie nowego departamentu. Harmonogram tego “projektu z krytyczną ścieżką” DEO powinien rozpisać z rezerwą czasową tak, aby w kluczowej sprawie nie zawieść.


   lutego 05

Co nadaje się do kosza? W ostatnią noc pisania uwag do projektu ustawy o OZE

Jutro mija termin nadsyłania uwag do projektu ustawy o OZE i dzisiaj przypada noc pisania tychże uwag. Przeżyliśmy męki pisania (najpierw czytania!) uwag do projektu Krajowego planu działań w zakresie odnawialnych źródeł energii (KPD). Nie była to wielka literatura. Odnawialny opisywał te męki już niemalże dwa lata temu, a potem skromne tego owoce. Projekt ustawy o OZE, choć i tak o połowę krótszy niż KPD dobrą literaturą narodową nie jest. Niewielka część narodu próbuje pojąć o co chodzi i jakoś to skomentować (na placu pozostało jeszcze dosłownie paru dziennikarzy, aby mętne myśli przekazać dalej). Jaki jest materiał źródłowy i jakie jest zapytanie taka będą też uwagi i odpowiedź. Wszystko to przypomina męki Cześnika dyktującego list Dyndalskiemu i to słynne - jak to zacząć „Mocium Panie…” („Zemsta” Aleksandra Fredry) obrazujące niemoc twórczą wobec niejasno sformułowanego problemu i męki tego ostatniego.

W przypadku projektu ustawy o OZE też ręce opadają i zapewne wiele organizacji branżowych podda się i nic nie napisze do jutra do 16:00 (nb. z odsieczą nie przyjadą i uwag też nie przyślą obywatele Niemiec, którzy zadali sobie dużo trudu aby zrozumieć o co chodzi o OOŚ Programu Polskiej Energetyki Jądrowej i gremialnie zgłosili swoje uwagi w liczbie 30 000 :). Inne, większe organizacje, które stać na prawników przyślą opinie kilkudziesięciostronicowe na udostępnionym przez Ministrostwo Gospodarki specjalnym formularzu „lobbysty” (trzymający w ryzach). Organizacje mają się wypowiedzieć konkretnie, co do konkretnych artykułów, a nie filozofować! Problem w tym, że o ile zarówno cele ustawy jak i cześć artykułów nie są aż tak złe, to całość pozostawię bardzo dużo do życzenia. Na jakość projektu regulacji i jakość uwag oraz trwającej już chaotycznej debaty wpływa to, że rząd zdecydował się na procedowanie projektu bez konsultacji założeń do ustawy i bez projektów rozporządzeń. Dalszej pracy nie sprzyjają też powierzchowność uzasadnienia i oceny skutków (zwłaszcza ekonomicznych) tej regulacji.

Szkoda że taka lektura i taka „robota” nie pozwalała odnotować ma blogu wspomnienia po śmierci wielkiej poetki, mistrzyni krótkiej i przejrzystej formy i precyzyjnej treści– Wiesławy Szymborskiej. Rzadko kiedy odnawialny blog wychodzi poza obszar swoich kompetencji (por. wspomnienie o prof. Barbarze Skardze ), ale czasami emocje (tu niezwykle przykre) ponoszą. Szymborska poza błędami młodości nie publikowała niczego co nie byłoby dopracowane. Na pytanie dlaczego napisała tak mało wierszy w długim życiu, poetka odpowiedziała: „bo mam w domu kosz na sieci”. Nasi legislatorzy też częściej o tym starym wynalazku powinni pamiętać zanim ich “proza” trafi do konsultacji społecznych. Wszak wydawać by się mogło że to właśnie niedopracowane ustawy trafiają do kosza, a nie wiersze wielkich poetów. Przyznać też trzeba, że nadprodukcja ustaw (z tym chyba mamy ostatnio do czynienia) tak jak i wierszy nie służy jakości.

W niezwykle ciekawym tekście – wspomnieniu w Gazecie Wyborczej, autorki tak przypominają podejście bohaterki do pisania - cutując jej słowa: „… drukuję niewiele, bo piszę nocą, a we dnie mam paskudny zwyczaj czytania tego co napisała i stwierdzam, że nie wszystko wytrzymuje próbę bodajże jednego obrotu kuli ziemskiej”.
Niech to będzie dedykacja dla legislatorów z Rządowego Centrum Legislacji; niech się pomęczą z czytaniem tego co sami napisali i zastanowią czy dostali dobre założenia z Ministerstwa Gospodarki (zawsze mogli poprosić o lepsze) czy sami robotę spaprali. Dlatego tak chętnie uciekam od tej - kluczowej dla mnie ustawy - do niezobowiazujacej poezji Szymborskiej i jej wspomnień oraz wspomnień o niej. Dzięki jej poezji wiem też, że to co sam piszę pozostawia wiele do życzenia (skróty myślowe i dłużyzny jednocześnie :), o literówkach “starego dyslektyka” nie wspomiając) i różnica pomiędzy mną a legislatorami jest niewielka (no może poza wynagrodzeniem :). Szymborska miała wielką umiejętność skupiania się i koncentracji na szczególe i choć preferowała krótkie formy to jednak to co tak świetnie robiła jest to w znacznej mierze zaprzeczeniem “bylejakiego” życia blogowego…

Jedno z głębszych życiowych przesłań Pani Wiesławy spisane przez Panie Bikont i Szczęsną: „Nie uważam tych lat [aktywności w okresie stalinizmu] za stracone. W rezultacie na zawsze uodporniłam się na wszelkie doktryny zwalniające ludzi z obowiązku samodzielnego myślenia. Wiem jak jest; dostrzegać tylko to co chciałoby się dostrzec, słyszeć tylko to co chciałoby się słyszeć, i skutecznie tłumić wszelkie wątpliwości” (przemianę od człowieka pewnego swoich racji do człowieka wątpiącego opisała we wierszu „Możliwości”).

Za dużo tych wątpliwości we mnie (a za mało możliwości) przy pisaniu uwag do projektu ustawy o OZE i już sam nie wiem czy to projekt ustawy powinien trafić wczesnej do kosza i nie zabierać innym czasu na wiwisekcję mętnej zupy pomidorowej czy moja opinia o ni


   stycznia 12

Odnawialne jubileusze czyli never solve a good problem

Przychodzi niestety taki moment kiedy jubileusze i przeszłość zaczynają dominować nad myśleniem o przyszłości. Tam gdzie wydaje się że za przyszłość nikt nie odpowiada, tak jak w Polsce, łatwiej o „powrót do przeszłości”. Zawsze interesowała mnie przyszłość nawet ta odległa, a teraźniejszość tylko wtedy gdy mogła na przyszłość wpłynąć. Dzisiaj teraźniejszość dla krajowej energetyki odnawialnej nieodłącznie związana jest z projektem ustawy o odnawialnych źródłach energii i której przyszłość jest dalej niejasna, a wraz z tym niepewna jest przyszłość OZE w Polsce. W spóźnionym noworocznym wpisie pozwolę sobie na chwilę słabości, a nawet odrobinę sentymentalizmu i skupienie się na tym co jest wiadome, czyli przeszłości i teraźniejszości i na tym czego (i czy?) uczy nas historia OZE.

Urodziłem się 50 lat temu, w czasie kiedy prezydent Kennedy rozpoczął realizacje programu Apollo, i już w pierwszej klasie szkoły podstawowej widziałem jak Neil Armstrong z załogą lądował na Księżycu (tak, to się udało w okresie krótszym niż dekada!). Wydawało się że wszystko jest możliwe i możemy oderwać się od historycznych trendów.

Kiedy 25 lat temu, zaraz po trzecim kryzysie energetycznym (dokładnie „naftowym”), kończyłem politechnikę przeczytałem w Przeglądzie Technicznym (wychodzi do dzisiaj) że za kilka lat OZE będą konkurencyjne na rynku, a one dalej się tylko dobrze zapowiadają…

10 lat temu, współtworzyłem Instytut Energetyki Odnawialnej widząc konieczność budowy wyspecjalizowanych w OZE i niezależnych instytucji oraz koncentracji wiedzy w tym obszarze aby możliwe było wywarcie wpływu na zmiany, też w sferze regulacji i aby szybciej poprawiać konkurencyjność OZE.

W końcu były ku temu podstawy; choć nie byliśmy jeszcze w UE, ale stamtąd już wiał „wiatr odnowy”. W 2001 roku Sejm RP przyjął „Strategię rozwoju energetyki odnawialnej” w opracowaniu której aktywnie uczestniczyłem i sporo czasu poświęciłem przeprowadzenie jej przez rząd i Sejm. Już w 2002 roku w zespole którym kierowałem powstał, na zamówienie ministerstwa środowiska, projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii (dokładnie o „gospodarowaniu odnawialnymi zasobami energii i promocji energetyki odnawialnej”), link -treść ówczesnego projektu. Teraz myślę, ze był to bardzo dobry projekt, bo … nikomu z uczestników rynku w pełni się nie podobał :). Projekt, nie został jednak skierowany przez rząd do Laski Marszałkowskiej (nie miejsce tu i czas by szczegółowo pisać o tym dlaczego sprawy OZE zaczęły grzęznąć w bieżącej polityce i w rosnących wpływach na nią firm energetycznych).

Dlatego po 25 latach pracy zawodowej poświęconej wyłącznie OZE - pewnie czas na jakiś „artystyczny” benefis ?:)- znowu często czytam, że … „za kilka lat OZE będą konkurencyjne”.

Po 10 latach od zakończenia pracy nad pierwszym projektem ustawy o OZE, w przededniu Wigilii, ministerstwo gospodarki zaprezentowało grubo ponad rok „wyglądany”(używając bożonarodzeniowej frazeologii) nowy projekt ustawy o OZE. Odbyło to się w formie widowiskowej noworocznej szopki w której zamiast Trzech Króli, dar w postaci projektu ustawy OZE przyniosło trzech ministrów: ustępujący wiceminister Maciej Kaliski (do końca roku ubiegłego odpowiedzialny za energetykę), nowy wiceminister (pochodzący tradycyjnie ze Śląska) od br. odpowiedzialny za energetykę - Tomasz Tomczykiewicz i sam minister gospodarki – premier Pawlak. W zasadzie do odnowionej sali ministerstwa „Pod Kopułą” przyniesiono nie tylko projekt ustawy o OZE ale trzy projekty (w trójpaku są też nowelizacje ustaw związanych z OZE: Prawo energetyczne i Prawo gazowe). Wśród mędrców z darami nie było też od dawna wyglądanego ale ostatecznie przez Premiera nie powołanego pełnomocnika rządu ds. OZE. Dopiero kilka dni później okazało się, ze za OZE odpowiadać będzie sekretarz stanu Mieczysław Kasprzak (patrz zarządzenie ministra gospodarki , § 4, p.3). To znamienne, że w końcu kompetencyjnie OZE odseparowano od “energetyki ale trudno odgadnąć czy chodzi o ich wzmocnienie, czy ochroną przed przejęciem przez korporacje czy też może pozbycie się kłopotu i skierowanie na boczny tor polityki energetycznej. To też trudne i wydaje się że wewnętrznie sprzeczne zadanie, bo minister Kasprzak jest już nowym pełnomocnikiem rządu ale … ds. deregulacji gospodarczych. W sprawie dodatkowego “odnawialnego” zadania przyjdzie mu natomiast ostro regulować, i to w sytuacji gdy zapisy oddanego w jego ręce projektu ustawy o OZE są (przez zmodyfikowany ale jeszcze bardziej zagmatwany system zielonych certyfikatów) silnie zbiurokratyzowane.
Pozytywne może być to, że ma doświadczenie we współpracy ze organizacjami samorządowymi (ZPP) promującymi generację rozproszoną i związkami rolników ZRKiOR (w Niemczech 21% mocy zainstalowanej w systemach PV jest w rękach rolników i ponad 11% całości zielonej mocy, łącznie z energetyką wiatrową, zlokalizowana niemalże w 100% w gospodarstwach rolnych) i być może uda mu się odejść od zgubnej polityki traktowania rolnictwa jako zaplecza do produkcji rzepaku i biopaliw i marnowania jego areałów na współspalanie…

Jubileuszowych paradoksów jest więcej, dodam np., że 10 lat temu za OZE w strukturze rady ministrów był odpowiedzialny nie minister gospodarki, ale środowiska, a w jego imieniu działał m.in. wiceminister środowiska Radosław Gawlik, który po ponad 10 latach został właśnie w tym samym czasie - w grudniu ‘2011 wybrany na szefa opozycyjnej i ciągle pozaparlamentarnej partii zielonych - Zieloni2004, która jako jedyna (paradoks historii, bo to koalicja rządząca uznaje ustawę o OZE za priorytet) silnie, głośno i konsekwentnie promuje OZE. W wywiadzie dla Gazety Wyborczej z zawodem mówi m.in.: „…rząd i parlament przyjęły trzy ustawy dotyczące energetyki jądrowej w rok, a nie są w stanie od 15 lat przyjąć ustawy o energii odnawialnej…”. Fakt, 20 lat temu zdecydowaliśmy (nb. też głosem Posła Gawlika) że energetyki jądrowej nie będziemy rozwijać, a 10 lat temu był juz gotowy projekt ustawy o OZE… Czy w takich meandrach jest jakaś logika czy tylko cichy chichot historii?

Z okazji jubileuszu 10-lecia próbowaliśmy w zespole Instytutu Energetyki Odnawialnej opowiedzieć meandry rozwoju OZE w ostatniej dekadzie oraz popatrzeć z większą dozą optymizmu na przyszłość i przygotować grunt (historyczny kontekst) pod dyskusję nad nową ustawą o OZE. Zainteresowanych odsyłam na stronę Instytutu i ew. zachęcam do komentarzy i wspomnień.

Historia OZE w Polsce jest pełna paradoksów i wymaga dużo cierpliwości i determinacji aby ją zrozumieć, a nawet przeczytać. Odsylam do dłuższych rozważań na portalu Wyborczej. Czy z tej historii OZE można się czegoś nauczyć i jak się ona zakończy? Czy w końcu bodziemy mięli ustawę o OZE która coś zmieni, czy też trzeba będzie trochę już tylko dłużej poczekać aż OZE, bez oglądania się na pozorne wsparcie prawne, same staną się konkurencyjne?

Wygląda na to, że jeśli chodzi o ustawę o OZE, to niestety nie ma mowy o “końcu historii” tworzenia skutecznych i efektywnych regulacji. Dlatego zostawię na następy wpis ocenę tego daru który przynieśli „trzej królowie” w postaci ustawy o OZE i przekazali, czy podrzucili (?) “temu czwartemu” (minister Kasprzak) do wdrożenia. Nb.PSEW, widząc że energetyce wiatrowej projekt może bardziej zaszkodzić niż pomóc, pisze z przekąsem o „prezencie pod choinkę”:).

Nawiązując do jubileuszu 10-lecia Instytutu Energetyki Odnawianej oraz w ramach przygotowań do dalszej batalii o kształt ustawy o OZE zadedykuję wszystkim „weteranom”, z licznymi kombatanckimi bliznami :), ale też odpowiednio zahartowanych, piosenkę Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”.

Wszystkim czytelnikom “odnawialnego” życze pomyślności w Nowym Roku.


   listopada 19

Po expose Premiera przyszłość odnawialnych źródeł energii dalej niepewna

Odnawialna źródła energii (OZE) w Polsce nigdy dłużej nie cieszyły się z nawet „małej” stabilizacji, ale skala niepewności i ryzyka inwestycyjnego i rynkowego, które jest pochodna ryzyka regulacyjnego i politycznego rośnie szybko oraz ogólnej koniunktury gospodarczej od paru lat systematycznie rośnie. W najwyżej rangi dokumentach UE (nawet tak zasadniczych i ogólnych jak strategia Europa ‘2020), gdy jest mowa o przyszłości, przywołanie OZE i zielonej gospodarki jest standardem (niemalże tak, jak w epoce minionej już ponad 20 lat temu powołanie na zjazd/uchwalę „Partii” czy KPZR), co daje tak potrzebną obecnie stabilność, bo jest tu wyrazem przyzwolenia wiekszosci z 500 mln obywateli UE.

Przyznam, że nawet nie liczyłem na jakieś specjalne potraktowanie OZE we wczorajszym expose Premiera Tuska. Analiza -na odnawialnym blogu poprzedniego expose- wskazywała na jego pozytywne strony jako na szanse, których nawet w obliczu Pakietu klimatycznego i przed kryzysem gospodarczym nie dało się wyzwolić, a potem było tylko gorzej… Zresztą widać, że same słowa premiera niewiele znaczą, o ile po ew. uzyskaniu dodatkowego realnego wsparcia politycznego (tak było w 2001 po przyjęciu „Strategii rozwoju energetyki odnawialnej”) i regulacyjnego (tak było w 2005 r. po wejściu do UE i wymuszonej Traktatem akcesyjnym implementacji dyrektyw UE) za tym nie pójdzie wyzwolenie ludzkiej aktywności. Ale wsparcie polityczne w expose czy umowie koalicyjnej (której nie znamy) jest potrzebne OZE zwłaszcza w obecnej kadencji, ale pewnie w następnej też, do czasu aż OZE osiągną znaczące udziały i konkurencyjność ekonomiczną nie tylko w wybranych niszach.

Tym razem w expose nie ma bezpośrednich odniesień do OZE (jak i do innych ważnych kwestii, taki był pomysł na expose). Wiadomo tylko że nie są traktowane jako istotny element bieżącej polityki i nie jako obszar gdzie zapowiadana jest zmiana (na lepsze). Gdyby to się okazało prawdą, już na wstępie można zadać sobie pytanie “czy możliwe jest życie”, a tym bardziej rozwój OZE bez specjalnej atencji i wsparcia ze strony rządu. Wegetacja na marginesie rynku pewnie tak, ale rozwój? Dodam, że obecnie dwie grupy technologii energetycznych wymagają w szczególności silnego wsparcia państwa i przyjaznej atmosfery do rozwoju: energetyka odnawialna i jądrowa- jako szczególnie nieopłacalna w racjonalnie skalkulowanym rachunku ekonomicznym. Tylko ta druga cieszy się wsparciem rząd (przynajmniej cieszyła się wsparciem tej samej koalicji dotychczas), co … pogarsza pozycje tej pierwszej.

Ale skoro tak, to może warto szukać wszystkich innych odniesień w exposé które można by twórczo(?) wykorzystać jako argument na rzecz OZE w czekającej nas debacie społecznej, gospodarczej i politycznej wokół ustawy dot. OZE (ciągle zaaresztowanej w szufladzie i czekającej na łaskawe oko Pana Premiera). Osobiście, poza obojętnością na „problem” OZE doszukałem się w expose znamion przyszłych kłopotów czy utrudnień ze wsparciem OZE. Np. w związku z (tu ze zrozumiałą silnym powiewem nadchodzącego kryzysu) presją na Tuska i determinacją jego samego na zmniejszanie budżetu deficytowego, co wpłynie na możliwość stosowania takich instrumentów jak dotacje budżetowe (przy braku środków UE. Skutkiem tego kierunku niezmylania jest zapowiedź likwidacji ulg podatkowych „pro-rozwojowych” jak np. na internet. Częściowo tylko to można zrozumieć. Według raportu Ministerstwa Finansów (cytat za FOR) o preferencjach podatkowych w 2009 roku obowiązywało w Polsce 138 preferencji w podatku PIT o łącznej wartości 34 mld oraz 54 preferencje w podatku CIT o łącznej wartości 7,6 mld zł. Ale są wśród tych ulg już niekonieczne czy niepotrzebne i byłoby nierozsądnym gdyby tu zadziałało „prawo siekiery” i wykluczenie aktywnego stosowania instrumentów podatkowych. Nie wiadomo też na ile jest szansa na dyskusję o ulgach w podatku VAT (przynajmniej o podwyżkach stawki VAT nie było mowy) na produkcje urządzeń, ważnych i skutecznych zwłaszcza w przypadku małych, nie prowadzących działalności gospodarczej inwestorów. Dla firm działających w OZE nie wpłynie też dobrze podniesienie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Branża OZE nie bazuje głównie, jak np tradycyjna energetyka, na kosztach surowców tylko na drożejącym kapitale intelektualnym, który będzie proporcjonalne jeszcze droższy. Firmy OZE, w przeciwieństwie do korporacji energetycznych inwestują i nie mają nadwyżek na wzrost obciążeń płacowych. Brak szczególnego ujęcia się premiera za bezrobotnymi i aktywizacją runku pracy, zwłaszcza dla młodych, będzie kolejnym problemem do pokonania przy próbie skutecznej argumentacji na szczeblu rządu, że OZE to trwałe i nowoczesne miejsca pracy. Nie będzie to argument do odrzucenia wprost, ale też wprost Tusk nie odwołuje się do tego i nie będzie w debacie powołać się na prosty fakt (tu nieco złośliwie, z uwagi na niemalże absolutną władzę Premiera do frazeologii poprzedniej epoki) że „pierwszy sekretarz powiedział”. Kwestie klimatyczne, co jest niezrozumiałe, przestały już dawno odgrywać rolę w polskiej polityce wobec OZE, a sam formalny obowiązek wynikający z implementacji dyrektywy 2009/28/WE nie jest tak jak kiedyś silnym imperatywem do konkretnego działania. Po pierwsze nie ma pewności że -wobec poważnej tym razem fali kryzysu gospodarczego w UE - Komisja Europejska będzie w tej sprawie (egzekucji) nieubłagana, a po drugi dlatego że wobec uchybień w ew. wdrożeniu dyrektywy kary mogą być naliczone najwcześniej w… 2022 roku (trzy kadencje do przodu).

Żeby już nie przedłużać litanii żalów, mogą wskazać jeden wątek który mnie zainteresował w kontekście tez stawianych w niniejszym wpisie. Sprawa dotyczy planów rządu wprowadzenia podatku od kopalin, danin pobieranych przez państwo (tzw. royalties). Popieram ten pomysł nie tyle z powodów związanych tylko z wyrównaniem szans dla OZE, ale także z uwagi na szerszy kontekst ekologiczny i gospodarczy oraz społeczny (o czym z a chwilę). Premier wspomniał o miedzi (z tego już wybuchła tzw. afera giełdowa KGHM), srebrze i gazie łupkowym , a ale jeżeli chcemy być konsekwentni to samo powinno dotyczyć węgla, gazu i resztek ropy. Gdyby to był rzeczywisty podatek i powszechny, koszty paliw lepiej oddawałyby ich międzypokoleniową wartość krańcową, poprawiłyby nieco konkurencyjność OZE a wpływy z jego wprowadzenia mogłoby zwolnić środki budżetowe na wsparcie działań innowacyjnych, pro-rozwojowych i aktywne wsparcie w tworzeniu miejsc pracy. Jest to typowy i twórczy postulat zielonych ekonomistów i niektórych liberalnych także. Zany jest pod nazwą „tax what you burn, not what you earn”. Przy okazji dyskusji o podatkach na surowce nieodnawiane kosztem zmniejszenia obciążenia podatkami kosztów pracy ew. zainteresowanych mogę odesłać do artykułu Todda Litmana, który opisuje zjawisko w warunkach akermańskich (choć głównie z punktu widzenia carbon tax, a nie royalties które bardziej odpowiadają warunkom polskim; zresztą w USA zasoby kopalne są bardziej w rekach właścicieli ziemskich niż państwa). Więcej na ten temat było też wcześniej na blogu „odnawialnym”, także z perspektywy amerykańskiej na tle UE i PL. W trochę bardziej moralizatorskim tonie (za czającym o etykę) pisany był na ten temat inny wpis na odnawialnym.

I teraz, wobec niezwykle skromnej listy możliwości dla wsparcia OZE „politycznymi” argumentami” jakie tym razem mogłem wyłowić (pewnie nie jestem w najlepszej formie :) z kryzysowego, „księgowego” i zachowawczego expose chciałbym poprosić czytelników „ odnawialnego” o komentarze i sugestie jak „sprzedać” OZE na obecnej hermetycznej giełdzie politycznej, jak trafić do ludzi z OZE jako rozwiązaniem a nie kosztem i jak spowodować aby znalazły się one znacznie wyżej niż dotychczas w politycznej agendzie rządu, nie wykluczając też ew. ponadpartyjnego wsparcia ze strony opozycji (to już byłaby niewyobrażalna pełnia szczęścia, niemalże jak poparcie wejścia do NATO!). Czas (albo tylko widmo) kryzysu powoduje, że inwestycje w OZE nazywane są przez złośliwych i koniunkturalnych polityków i publicystów „bańką” (tu nawet nie ma znaczenia, że niesłusznie; wszak innych inwestycji nie ma, deficyt energii się pojawi, a koncerny energetyczne faktycznie mają nadwyżki), społeczne argumenty za ich rozwojem nazywane są próbą „ratowania ludzi za ich własne pieniądze” (też niesłusznie, bo to realny ratunek z czekającej opresji, którego indywidualnie, bez roli państwa, nie da się zorganizować), ale z takimi opiniami sektor OZE musi sobie radzić. Ich ignorowanie i przechodzenia nad nimi do porządku dziennego w debacie publicznej (branża OZE się ożywia tylko wtedy gdy mowa o cenie certyfikatu) niczego dobrego obecnie nie przyniesie.


   października 29

Pełnomocnik rządu ds. OZE czy departament energetyki odnawialnej?

Do bieżących i narastających problemów jakie mieliśmy z energetyką odnawialną przed wyborami, doszły obecnie nowe związane z dalszym opóźnieniem we wdrożeniu dyrektywy 2009/28/WE (ryzyko regulacyjne ciągłego braku ustawy i stosownej informacji) wzmacnianym dodatkowo przez niepewność polityczną (ostateczny skład koalicji i przesądzenia personalne jeśli chodzi o obsadę kluczowych dla OZE resortów) i enigmatyczną zapowiedź zmian instytucjonalnych wokół sektora OZE. Tylko w tej ostatniej sprawie są rozważane cztery rozwiązania zgłaszane przez (dotychczasowych) koalicjantów i środowiska pozarządowe.
1- Przyłączenie ministerstwa środowiska do resortu gospodarki (stworzenie mega ministerstwa/imperium)
2- Utworzenie nowego ministerstwa ds. energii i klimatu poprzez „wyjęcie” (np. na wzór Danii, Wielkiej Brytanii) odpowiednich kompetencji z dwu ww. ministerstw
3- Powołanie pełnomocnika rządu ds. OZE
4- Utworzenie w ministerstwie gospodarki (MG) departamentu energetyki odnawialnej

W przypadku dwu pierwszych z ww. koncepcji chodzi w znacznej mierze o rozwiązania polityczne (nowe rozdanie wpływów i stanowisk/łupów po wyborach) ale oficjalnie, zresztą nie bez podstaw, mowa jest o potrzebie poprawy koordynacji i wzmocnienia działań rządu w zakresie energii i środowiska. Jeżeli chodziłoby tylko o OZE to tej koordynacji (nie mówiąc już o chęci działania) rzeczywiście brakuje. Wystarczy przyjrzeć się obecnej strukturze kompetencji wobec OZE, analizowanej niedawno przez Instytut Energetyki Odnawialnej na potrzeby Banku Światowego, aby bez trudu stwierdzić, że nawet jeżeli na schemacie poniższym nie ma wszystkich mających znaczenie dla OZE instytucji (ARiMR, NCBiR, GUS, PKN, województwa samorządowe, itd.) to i tak skalę problemu widać.

Do tego dochodzi brak praktycznej współpracy czy rywalizacja o wpływy i środki pomiędzy instytucjami nadzorowanymi nawet przez tego samego koalicjanta. Ale jeżeli pominiemy ww. rozwiązania nr 1 i 2 - gdzie decyduje czysta polityka i swoista dla niej logika (ministerstwo ds. energii i klimatu powinno być powołane razem z pakietem klimatycznym UE jakieś 3-4 lata temu, a nie teraz gdy na pro aktywne działanie jest za późno i inicjatorom raczej chodzi o podział środków z aukcji uprawnień do emisji CO2) i skupimy się na rozwiązaniach nr 3 i 4 których wprowadzenie w zasadzie nie wymaga poważniejszych zmian kompetencyjnych (ustawowych) to powstają dylematy czy lepszy jest „pełnomocnik” czy “departament”, czy potrzebne jest jednocześnie i jedno i drugie.
Dochodzą opinie że pełnomocnik ds. OZE ulokowany w MG jest niezbędny aby zrównoważyć pełnomocnika ds. energetyki jądrowej, który dodatkowo marginalizuje OZE wzmacniając „atom”. Zgadzam się z tym, ale nie sądzę aby to był silny argument o ile wcześniej nie ma sformułowanego konkretnego zakresu zadań i kompetencji, które powinny wynikać z krytycznej oceny dotychczasowych efektów pracy rządu i przyszłych wyzwań dla cegło sektora. Jest bowiem obawa stworzenia fasadowego stanowiska bez kompetencji („Jan bez Ziemi”) i pełnomocnika który nic nie będzie mógł, a da dodatkowe alibi innym do „nic nie robienia” lub nawet blokowania jego poczynań i ośmieszenia domagających się pełnomocnika środowisk związanych z OZE na zasadzie sformułowanej przez Gałczyńskiego „…chcieliście Polski no to ją macie, skumbrie w tomacie….”. Z tym rozwiązaniem wiąże się też duże ryzyko personalne, z uwagi na polityczne (pozamerytoryczne) kryteria wyboru osoby na stanowisko w ramach doraźnego dzielenia łupów wyborczych. Biorąc też pod uwagę niezbyt udane doświadczenia z efektami działania poprzedniego pełnomocnika rządu ds. alternatywnych źródeł energii powołanego jeszcze w 2006 r. za czasów rządów PIS, skłaniałbym się ku domaganiu się przede wszystkim i najpierw decyzji o utworzenia w MG silnego organizacyjnie i kadrowo departamentu ds. OZE (stanowiska z konkursu), uzupełnionego pełnomocnikiem ds OZE lub nadzorowanego przez podsekretarza stanu odpowiedzialnego za sprawy OZE wraz np. z kwestiami zielonej gospodarki, innowacji. Jeżeli nadzór nad nowym departamentem miałby sprawować podsekretarz stanu odpowiedzialny (tak jak dotychczas) za węgiel lub nawet atom, to efekt byłby jak do tej pory, czyli taki jakby wilkowi owieczki pilnować kazano…

Wobec toczących się w kuluarach i na korytarzach ministerstw rozmów „jak tu się ustawić; z wiatrem czy pod wiatr”) wypada mi poprzeć to co już na „odnawialnym” zostało powiedziane ponad 2 lata temu, we wpisie „Pokawałkowany świat”. Chodzi o departament mający prestiż spoleczny i polityczny i z tego wynikającą ochronę polityczną, silny merytoryczne i zdolny do formułowania i wdrażania strategii, mający oparcie w organizacjach ze środowiska OZE, nastawiony na działania na zewnątrz i rozliczanego z efektów, a nie departament typu „administracyjnego” ubezwłasnowolniony biurokracją rządową, rozliczany ze spełnienia procedur i premiowany na postawy zachowawcze.

Nie nie doceniałbym faktu że obecnie jest jeszcze skromny, młody „zasób kadrowy” w departamencie energetyki w MG na którym można jeszcze spróbować coś większego zbudować. To muszą być bowiem osoby z przygotowaniem administracyjnym ale młode, z poczuciem misji, którego nie zniweczą blokady polityczne. Postępujący bowiem rozkład instytucjonalny sektora OZE (praktyczny brak zaplecza naukowego, think tanków, wyspecjalizowanych merytorycznie agencji itd.) powoduje że nie ma na czym budować. Taki departament nie może jednak siedzieć w kącie ministerstwa i grzecznie czekać na uwolnienie możliwości działania, aż zasobami regulacyjnymi pożywią się więksi, ciągle nienasyceni “amatorzy dziobania” rodem z węgla, gazu i atomu. Przyznam że pomimo dobrej woli nie rozumiem do dzisiaj dlaczego projekt ustawy dot. OZE (będąc pilnym i już gotowym do konsultacji) musi czekać aż “nowelizacje prawa energetycznego i gazowego będą gotowe” (oficjalny powód opóźnień), podczas gdy ustawy jądrowe przygotowane w potężnym obecnie i wysokobudżetowym departamencie nie będąc pilnymi ani wymaganymi przez UE nie musialy czekać…
Wzmocnienie departamentu i znaczenia OZE w MG powinno opierać się także na aktywnym i ciągłym włączeniu w jego prace instytucji i organów zewnętrznych, bo to da mu konieczną silę. Przywrócić trzeba przede wszystkim praktyczny wpływ ministerstwa środowiska na OZE, gdyż w dobie wdrażania pakietu klimatycznego to naturalny sojusznik szerszego myslenia, a tymczasem ministerstwo „używane” jest głównie do załatwiania w imieniu MG i korporacji energetycznych spraw ETS, które przytłaczają problemy OZE i inne prorozwojowe na forum rządowym. Tak jak proponowane bylo parę lat temu na odnawialnym, ważniejsze od samego pełnomocnika wydaje mi się powołanie przez premiera międzyresortowego zespołu ds. OZE (kilka lat temu taka inicjatywa była podjęta przez Ministra Środowiska). Taki zespół może znacznie szybciej wprowadzić OZE do agendy i priorytetów prac rady ministrów niż osamotniowny pełnomocnik. Ale wlasnie przy takiej koncepcji tworzenia odpowiednich struktur i kompetencji stanowisko pełnomocnika jako koordynatora zaczyna mieć sens, inaczej jest to - nieprzymierzając i nie starając się o poprawność polityczną i językową - dobieranie „konia do bata”.

Z informacji jakie mam o projekcie ustawy o OZE przygotowanym w MG nie wynika jednak aby kwestie niedowładu organizacyjnego i potrzeby wzmacniania merytorycznego organów rządowych i ministerialnych w zakresie OZE były dostrzeżone, a właśnie w ustawie, wraz z zadaniami i instrumentami wdrożenia takie kwestie powinny być ujęte. Pozostawienie spraw w gestii wewnętrznych zarządzeń (pozaustawowych i nie poddających się zewnętrznej kontroli) będzie dalej źródłem instytucjonalnej degradacji OZE i narażeniem nie tylko na marginalizację branży ale też wystawieniem na agresywny lobbing i szarpanie sukna ze strony silniejszych, „z dojściami”. Pełnomocnik bez departamentu i struktur temu niestety mógłby właśnie służyć.


   października 08

OZE w kampanii wyborczej ‘2011 czyli czarne korporacje i zielone NGO

Świat wcale nie jest zielonoczarny, ale w takich barwach problemy rozwoju energetyki można lepiej przedstawić, niż z szaroburej i mało twórczej perspektywy mdłego polityka z telewizji powtarzającego bezrefleksyjnie lub cynicznie że „potrzebujemy wszystkich źródeł energii”. Dzisiaj pomijając z koniecznosci konkretne przypadki, chciałbym postawić ogólną tezę, że jeśli chodzi o zieloną energię politycy stają się coraz bardziej sceptyczni i coraz bardziej oddalają się od poglądów społeczeństwa i że słabnie wpływ na polityków (i na społeczeństwo) środowisk związanych z OZE, a rośnie wpływ korporacji (zarządów i związków zawodowych). Chciałbym też pokazać przykład dobrej roboty na rzecz zmiany tej szkodliwej spolecznie sytuacji.

Od 2008 roku blog odnawialny parokrotnie zwracał uwagę że długotrwały, zawiązany już w 2007 roku, atak na pakiet klimatyczny 3 x 20% aliansu krajowych korporacji energetycznych z największymi ugrupowaniami parlamentarnymi (paradoks polega na tym, że tu jest także niecodzienna zbieżność posadów koalicji i opozycji parlamentarnej) musi doprowadzić do osłabienia poparcia obywateli dla OZE.
Jeszcze w połowie 2009 roku zwracałem uwagę (powołując się n badania CBOS), że ciągle ponad 83% Polaków oczekuje od rządu zwiększonego zaangażowania we wsparcie OZE, choć jednocześnie z badań dało się zauważyć, że przeciwstawiamy się wprowadzaniu kar i nakazów administracyjnych oraz że czynnik ekonomiczny decyduje o naszych postawach. Przepowiadałem, że stosunkowo szybko poparcie społeczne dla OZE może spaść, a za tym jeszcze trudniej będzie o poparcie polityczne.
Wygląda na to, że się myliłem jesli chodzi o poparcie społeczne. Pomimo rozpoczętej w 2009 roku kampanii rządowej na rzecz czystej energetyki węglowej i czystego węgla, robione rok później badania KE nt. preferencji obywateli UE, w tym polskich, w zakresie technologii energetycznych w corocznym raporcie dotyczącym rozwoju technologii biotechnologicznych na tle innych wskazały Polacy oczekują że OZE (w szczególności energetyką wiatrowa- 84% badanych i słoneczna – 82%) odegrają kluczową rolę w energetyce naszego kraju, a brak jest tego typu jednoznacznych oczekiwań w przypadku energetyki jądrowej (tylko 46% społeczeństwa miało taką nadzieję). Jeszcze bardziej zaskakujące okazały się wyniki badań CBOS zamówione przez Instytut na rzecz Ekorozwoju z końca 201o roku , z których wynika znacznie bardziej pozytywny stosunek Polaków do rozwoju energii wiatrowej 39% (choć niższy tu entuzjazm niż w badaniu KE) i słonecznej (6%), podczas gdy analogicznie wyniki w przypadku energetyki jądrowej i węglowej – po 7% wydawały się druzgocące dla realizowanej polityki i planów energetyki korporacyjnej.

Wydawało się zatem, że temat energetyki odnawianej będzie można łatwo wprowadzić partiom do kampanii wyborczej jako coś pozytywnego na tle powszechnego narzekania na politykę klimatyczną UE i straszenia jej skutkami. Ale tak się nie stało. Technologie bez poparcia społecznego ale z silnym poparciem korporacji i rządu (energetyka jądrowa i gaz łupkowy), związków zawodowych i rządu (energetyka węglowa) i oponiotorczych mediów (zwłaszcza gospodarczych) uzyskały znacznie (nieprporcjonalnie) większe poparcie polityczne niż OZE i efektywność energetyczna. Warto zauważyć jednak, że w sytuacji ogólnoświatowego kryzysu i coraz bardziej powszechnej dominacji myślenia bardziej krótkookresowego oraz braku skłonności do wspierania technologii bardziej przełomowych, efektywność energetyczna uzyskała wśród polityków bardziej powszechne (choć prawdopodobnie płytkie) wparcie niż OZE.

Można zatem zapytać dlaczego tak się stało. Do refleksji na ten temat zachęciła mnie swoim pytaniem dziennikarka EkoNews i w efekcie pomyslałem że politycy bronią krótkookresowych interesów energetyki konwencjonalnej kosztem odnawialnej w efekcie niejasnej dla większosci społeczeństwa sieci powiązań z korporacjami, ulegając przy tym też nadmiernie branżowym związkom zawodowymi. Chciałbym krótko tę właśnie tezę jako ogólną i dotyczącą wszystkich partii a może i krajów z rozwinętym korporacjonizmem rozwinąć i przytoczyć kilka faktów na potwierdzenie. Wartu tu też wesprzeć się teorią noblisty (choć bynajmniej nie dyżurnego bywalcy salonów ani pupilka mediów ekonomicznych) - ekonomisty Edmunda Phelpsa. Przepytany skutecznie przez Rafała Wosia z DGP (niestety nie mam dostępu do linku/wersji elektrownicznej) stwierdził, że narastający na całym świecie korporacjonizm dławi gospodarkę i innowacyjność i sprowadza się do zabiegów korporacji do wpisywania się w „układ” lobbingu regulacyjnego, zdobywania rządowych subsydiów, kontraktów, taryf oraz do coraz silniejszej gospodarki wymiennej z politykami.
Potwierdzają to nawet dane z USA, gdzie pomimo zielonej retoryki administracji Obamy (wieloekrotnie omawianej na odnawialnym) i koncepcji odnowienia w kryzysie nowego ładu na zielono, pomoc publiczną zgarniają tamtejsze korporacje.

Niejako na zamówienie do ww. postawionej tezy o pajęczynie powiązań korporacji i polityki w Polsce, można przeczytać ostry artykuł Dawida Tokarza w Pulsie Biznesu. To tylko przykład znacznie bardziej ogólnego zajwiska ostatatniego 10-lecia w Polsce, a pewnie i na swiecie (o tym dalej). Zatrudnianie osób związanych z politykami w radach nadzorczych korporacji oraz radach spółek córek i spółek wnuczek wzmacnia swpisty „układ”. Wzmocnione korporacje zaczynają coraz silnej oddziaływać na politykę i regulacje nie tylko w Polsce ale w UE – por. wypowiedź Prezesa PGE po spotkaniu zarządu największego europejskiego lobbysty interesów korporacji energetycznych jakim jest Eurelectric. Próbka walki i regulacje o korzystne regulacje „jako branża potrzebujemy unijnego wsparcia zarówno finansowo-inwestycyjnego jak i operacyjnego w zakresie czystych technologii węglowych i gazowych i … klarownych decyzji dających politycznie zielone światło energetyce jądrowej oraz… wsparcia środkami publicznymi wszystkich czystych technologii produkcji energii elektrycznej. (…) Nie sposób przecież konkurować z energetyką odnawialną skoro jest dotowana na etapie realizacji inwestycji i w fazie eksploatacyjnej, a prąd wytworzony z OZE ma prawne gwarancje zbytu”. Kto by się przejmował tym, że członkowie Eurelectric nie płacą pełnego rachunku za koszty zewnętrzne ani tym, że zasoby paliw kopalnych się systematycznie wyczerpują a ich ceny nieodwolalnie rosną (przekładając się wprost na zyski korporacji i koszty odbiorców energii).

Uwodzicielskie sa własnie bieżące zyski korporacji. Miałem niedawno osobiste spotkanie z czołowymi dziennikarzami z Japonii którzy mówili jak trudno jest zgodnie z prawem w Japonii politykowi lub związanemu z nim urzędnikowi państwowemu znaleźć się w radzie nadwzrocznej koncernu energetycznego (choć przyklad TEPCO raczej przeczy tej tezie). U nas to reguła, niestety. OZE nie mają rad nadzorczych do osnadzenia, dużych kontraktów z sektorem publicznym i tak intratnej oferty dla polityków. Przełamania tej sieci powiązań nie dokona sektor OZE dbając o to aby “zielony certyfikat” miał (odpowiednio?) wysoką cenę i wchodząc jako petent w relacje z korporacjami aby “rubla zarobić i cnoty nie stracić”. W tej sytuacji także lekkie, deklarowane poparcie społeczne nie wystarczy do zmiany sytuacji. Także, a może przede wszystkim w każdym okresie wyborczym potrzeba ruszenia serc i umysłów aby tworzyć z jednej strony masowyo ruch a z drugiej aby poparcie dla OZE było głębsze.

Warto zatem tu i teraz podziękować tym, którzy takie wyzwania - dotarcia z czyms wiecej niż bierna edukacja (na to sie wszyscy godzą) i czyms wiecej niż wąski branżowy lobbing (to jest nieskuteczne) - w ostatnich miesiącach podjęli. Szkoda że nie mogę tu wymienić organizacji branżowych OZE. Nawet jak niektóre z nich próbowały w debacie politycznej nadać rangę OZE, to nie potrafiły przebić się do szerzej do opinii publicznej, a zamknięte we własnym getcie niewiele mogą zrobić. Uważam, że w pełni na wysokości zadania stanęły tylko zielone NGOs. Podobało mi się twarde przepytanie polityków na okoliczność zielonej energii przez Koalicję Klimatyczną, z którego sporo się można dowiedzieć, ale które to odpytywanie zmusiło polityków do refleksji. Zachęcam do zapoznania się z wynikami badania polityków. Te zaznania są często pokrętne i mało przekonujące, ale dobrze że są, bo wiadomo jak dalej, z kim i nad czym pracować. Naciski na polityków różnych maści w tej sprawie konsekwentnie (w wielu akcjach i wydarzeniach) od momentu ogłoszenia wyborów wywierała czy może lepiej wywierała (?) Greenpeace. Polecam wywiad z szefem Greenpeace pt. “Zieloni politycy”. Czytając obydwa teksty o zielonych partiach i zielonych politykach nie mam pewności czy ma tu zastosowanie z pozoru oczywiste powiedzenie „politycy są tacy jak ich wyborcy”. Ludzie są dużo bardziej za OZE i bardziej sceptyczni wobec końcówki ery paliw kopalnych niż politycy. Ale do ludzi trzeba ciągle docierać, umieć do nich trafić i dęte debaty biznesowo-polityczne niewiele tu zmienią. Przykładem dobrej, pozytywnej ale nie nudnej przedwyborczej roboty jest portal stworzony przez Greenpeace pod bliskim mi tytułem MyOdnawialni. Dzięki temu temat i problem dotarły znacznie szerzej oraz zostały przedstawione znacznie szerszym kontekście i perspektywie niż potrafiły to zrobić organizacje sektora OZE. Uczmy się zatem od zielonych NGOsów.


   września 17

Morski Wiatr Kontra Atom – koniec dyskusji w mediach nad raportem czy początek szerszej dyskusji politycznej nad programem jądrowym?

Ktoś w końcu powie że odnawialny blog wykazuje zbyt silne (chorobliwe?) inklinacje w kierunku atomu i z całej palety „odnawialnych” alternatyw od dwu miesięcy pisze tylko o morskiej energetyce wiatrowej, a zaniedbuje bardziej dojrzałe i mniej scentralizowane technologie OZE. Zaryzykuję dzisiaj jeszcze raz wątek jądrowy i potem obiecuję poprawę. Przyznam, że rynek na którym mają funkcjonować morskie farmy wiatrowe (MFW) i elektrownie jądrowe (EJ) nie jest naprawdę aż tak spolaryzowany i liczy się caly, zielony, wspierający wzajemnie mix energetyczny, z wieloma rodzajami i technologiami OZE. Ale czasami trzeba problem nieco sztucznie wyizolować aby jakiekolwiek analizy i dyskusje/rozmowy były w ogóle możliwe i aby służyły one ogólnemu podniesieniu wiedzy w rzeczowej, merytorycznej debacie. Niech zatem nieopierzone MFW jeszcze troche powalczą o miejsce OZE na przyszlym rynku z mającym za sobą silne poparcie polityczne i medialne pretendentem do nie lada udziałów w rynku energii i rosnacym apetycie na srodki finansowe na inwestycje.

Niemalże dokładnie 2 miesiącach, kiedy to na konferencji prasowej w Gdańsku został zaprezentowany raport znany jako „Morski Wiatr Kontra Atom” (MWKA), w dn. 15 września odbyła się na jego temat debata zorganizowana przez Gdański Park Naukowo- Technologiczny w ramach inicjatywy (programu) Forum Energia i Samorządność. Pierwsze spotkanie w tej sprawie 2 miesiące temu (też w Gdańsku) glównie z dziennikarzami (konferecnja prasowa) oraz zainteresowanymi środowiskami wywołało żywy i szeroki odzew w mediach zagranicznych, krajowych i regionalnych, której towarzyszył brak reakcji ze strony środowisk energetyki jądrowej. Byly setki doniesien i milczenie ze strony srodowisk związanych z EJ. Teraz, choć niezwykle konfrontacyjnie pomyślana debata była b. ciekawa, obecne na niej media zachowały dużą powściągliwość w nadaniu jej priorytetu, za to głośno (częściowo „prewencyjnie”?) wypowiedziały się środowiska energetyki jądrowej.

Dokładnie w dniu debaty w mediach pojawił się krytyczny wobec raportu wywiad z prof. Strupczewskim nt. rzekomych błędów w raporcie przy porównywaniu obu technologii. Bardzo chętnie korzystam z krytycznych uwag w szczególności takich osób jak prof. Strupczewski i skrupulatnie je zbieram aby raport MWKA zaktualizować, ale niestety w tym momencie prawie wszystkie argumenty mojego szanowanego adwersarza są chybione. W szczególności raport MWKA właśnie w calach porównawczych nie zakłada ŻADNEGO wsparcia ze środków publicznych dla MFW (tak jak i EJ) i „wyłudzania kosztów od społeczeństwa” (jak nie bez niepotrzebnych tu negatywnych emocji stwierdza prof. Strupczewski), nie dotyczy lądowej energetyki wiatrowej tylko morskiej (ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku współczynników wykorzystania mocy), ale przede wszystkim nie dotyczy koszów z przeszłości (kiedy krzywe kosztów energii z nowych EJ (tych prawie nie było) i MFW (te się „uczyły”) jeszcze się nie przecięły, tylko sytuacji na rok 2020 i dalsze. Nieprawdzie są też nieudokumentowane stwierdzenia prof. Strupczewskiego, że Polska ma stosukowo słabe warunki wiatrowe (to nieprawda, zwłaszcza w odniesieniu do Bałtyku), że jednak koszty energetyki jądrowej spadają (nie ma na to, żadnych dowodów, a na tezę przeciwną wiele). Zastanawia też całkowite przemilczanie i uparte bagatelizowanie istnienia jakiegokolwiek „efektu Fukushimy” jeśli chodzi o koszty finansowe (koszty kapitału, koszty ubezpieczenia) po stronie EJ, tym bardziej że jak pokazuje raport MWKA inwestycje EJ są niezwykle na nie wrażliwe. Nie miałem przyjemności polemizować tym razem z prof. Strupczewskim w Gdańsku , ale jego argumenty warto przytoczyć bo są znamienne, tak jak i czas ukazania się wywiadu.

W czasie debaty w Gdańsku, w szczegolnosci środowiska inżynierskie, akademickie i managerskie skupione wokół planów wielkiej inwestycji typu socjalistycznego i używały podobnych argumentów. Doszły jeszcze dodatkowe, konserwatywne, związane ze stereotypem że aby była MFW musi być EJ do „pracy ciągłej w podstawie” systemu energetycznego (ma to skutki też dla ocen ekonomicznych, bo wygodnie było do tej pory zakładać, że EJ pracuje 8000 h/rok i cały czas zarabia, niezależnie od potrzeb energetycznych i innych źródeł wytwarzania energii w systemie). Uczestnicy debaty są bardzo silnie przywiązani do tych dobrze ugruntowanych w XX wieku poglądów i bardzo sceptycznie przyjmują informacje o już w praktyce dokonanej zmianie paradygmatu i przykładach z Niemiec, Danii czy Hiszpanii gdzie operator sieci tak zarządza generacją, ze w podstawie są „niestabilne OZE”, a jak moc jest za duża, wyłączane są elektrownie węglowe i jądrowe.
W sumie pomimo momentami konfrontacyjnego i zbyt szerokiego charakteru spotkanie w Gdańsku uważam za potrzebne. Raport MWKA sam w sobie nie zmieni polityki energetyczej z dnia na dzień i nie wszyscy sie z nim zgodzą, ale upewniłem się, że stawia własciwy problem używając poprawnej metody. Nie chcę jednostronnie szerzej oceniać (tudno ze srodka) i streszczać tej ponad dwugodzinnej debaty, być może jej organizatorzy to zrobią. Uwagi panelistow i uczestnikow debaty sporo wniosły do mojego myslenia o zalozeniach i wynikach pracy, ale mam takie wrażenie, że raport MWKA się obronił, tak jak i jego zasadnicze tezy i wnioski. Drobne korekty jakie bym teraz, po kilku miesiącach, wprowadził poprawiłyby ekonomikę MFW kosztem EJ. Byłem wobec MFW zbyt asekurancki przy wyborze metody analiz (sprzyjającej EJ) i doborze danych wejsciowych (zbyt zachowawczych w stosunku do MFW), a z drugej strony czas i argumenty z zewnatrz dzialają na niekorzysć atomu. Mam też takie pozytywne -moim zdaniem -odczucie, że w zwartych do tej pory szeregach zwolenników energetyki jądrowej zaczynają pojawiać się wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o stronę ekonomiczną,finansową i kosztową pierwszej inwestycji. Nie chodzi tu o radosć z powodu ew. „pękniecie” monolitu interesariuszy EJ i o rozbijanie „jedności robotniczo-chłopskiej” (wytworzonego układu, nie lubię tego słowa, polityczno- biznesowego) ale o to, że okazało się, że w sprawie wyniów pojedynku EJ i MFW (jako wystawionego do zawodów jednak stosunkowo drogiego zawodnika z dużej drużyny OZE) można już rozmawiać. A jeżeli można rozmawiać o alternatywie dwu inwestycji (EJ i MFW) tzn. że można też rozmawiać o alternatywie szerokiego programu rozwoju OZE (obejmujacego rozne technologie) w stosunku do trafiającego już na problemy Programu Polskiej Energetyki Jądrowej PPEJ. Wspomnę tu tylko na opóźnienia związane np. z zakończeniem procedury konsultacji międzynarodowych prognozy oddziaływania na środowisko (opory ze strony Niemiec, Austrii, Szwecji) i niemożność przyjęcia PPEJ przez rząd tej kadencji. Słuchając szerszych wypowiedzi przedstawicieli rządu, zwłaszcza MRiRW i w pewnym zakresie MŚ, też można doszukać się pierwszych „ale”. Tu jestem optymistą jeśli chodzi o możliwość moim zdaniem koniecznej weryfikacji PPEJ, bo nie jest to dobrze przygotowany program, a dynamiczne otoczenie ekonomiczne czyni go z dnia na dzień coraz bardziej anachronicznym. Ryzyko braku, tylko z powodów ekonomiczno-finansowych (pozyskanie srodkow na inwestycje i ryzyko, że energia z EJ bedzie za droga na rynku aby ja sprzedać), realizacji PPEJ i w terminie pierwszej EJ jest tak duże, że trzeba w tym samym tempie rozwijać MFW i postawić wyższy cel niż w obencym KPD na wszystkie OZE. Tę alteratywę trzeba pilnie rozwijać i chodz tu o prawdziwy zwrot w polityce energeycznej.

Ale w tym wszystkim jest też groźba “zabetonowania” sytuacji i zwarcia szeregów zwolenników EJ (nie tak dawno furorę robiło „ściąganie cugli” i skutki tego także dla energetyki nie były dobre), i pójścia zarówno „w zaparte” jak i „na całość”. Nawet jak z pewną przesadą to nie bez powodu porównuję budowę EJ w Żarnowcu (w ramach nie najlepszej jakości centralnego planowania) do budów realnego socjalizmu gdzie koszty nie grały roli, gdyż dojść do głosu może też znana „zasada” z tego okresu teza że „„w miarę rozwoju socjalizmu, walka klas zaostrza się” i inna równe szaleńcza i chyba dalej atualna - „kto ma media ten ma władzę”. Takie właśnie myśli miałem rozmawiając po gdańskiej debacie z paroma nieco zagubionymi „linią wydawców” dziennikarzami, takie mam patrząc na niezwykle skromny tym razem odzew w mediach po debacie, np. Radio Gdańsk , czytając polemikę prof. Strupczewskiego ukazującą się chyba w nieprzypadkowym momencie (?) i czytając (przy braku przyjęcia PPEJ przez rząd i braku wyboru doradcy inwestycyjnego oraz zatwierdzenia lokalizacji EJ) o rozpoczęciu przez PGE negocjacji rozmów z dostawcami technologii. To wszystko, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych i moim zdaniem istniejącego jednak „embarga politycznego” na wątpliwości w sprawie wcześniejszej decyzji nie wróży dobrze racjonalnej w sensie ekonomicznym i bezpiecznej realizacji PPEJ (ew. próba skrócenia procedur i desperackiego obniżenia kosztów nie będą sprzyjać poprawie bezpieczeństwa). Czy opiniotwórcze media, owładnięte poprawnością politycznej większosci oraz liczące na sponsoring wokół inwestycji i wspieranej przez rząd kampanii na rzecz energetyki jądrowej, nie są nadmiernie powściągliwe w sprawie PPEJ?


   września 04

Interpelacja poselska w sprawie raportu „Morski wiatr kontra atom”

Omówiony w poprzednim wpisie raport IEO „Analiza porównawcza kosztów morskiej energetyki wiatrowej i energetyki jądrowej oraz ich potencjału tworzenia miejsc pracy”, zwany jako „Morski wiatr kontra atom” (MWKA), doczekał się nie tylko polemiki ze środowiskiem SEP i „Stowarzyszenia na rzecz Elektrowni Jądrowej w Województwie Pomorskim” (polemika), ale także poselskiej interpelacji i odpowiedzi ministerstwa gospodarki.
Interpelacje to prawo posłów (zwłaszcza opozycji) i jest zapewne zmora urzędników ministerialnych, którzy musza na nie odpowiadać. Patrząc na „aktywność” posłów w tym zakresie widać, że tą bronią posługuje się głównie opozycja, a np. posłanka Anna Sobecka użyła jej w obecnej kadencji 1326 razy… Ale interpelacja jest to też cenne źródło informacji, do którego nie ma dostępu tzw. „zwyczajny obywatel”. Aż dziw bierze, że tak mało jest interpelacji poświęconych OZE, a w szczególności zastanowić może fakt, dlaczego wobec już niemalże 9-miesiecznego opóźnienia we wdrożeniu dyrektywy 2009/28/WE i upływu ponad roku o zapowiedzi „rychłego” przekazania do Laski Marszałkowskiej rządowego projektu ustawy o OZE , żaden poseł nie zapytał o opóźnienia i konkrety. Czy to ignorancja, niedocenianie, lekceważenie, słabość czekających na gotowe („ktoś” to w końcu załatwi) środowisk OZE, a może wstydliwe przeświadczenie że „wszyscy są winni” (choć to ostatnie akurat sprzyja niekończącym się interpelacjom “smoleńskim”)?

Interpelacji indywidualnej, na wzór dziesiątek poświęconych atomowi i gazowi łupkowemu doczekała się jednak morska energetyka wiatrowa. W sprawie morskich farm wiatrowych (MFW) i raportu (MWKA) interpelację zgłosił ostatnio - ok. 10 dni po prezentacji wyników raportu - poseł John Godson.
Poseł Godson (PO) pyta Ministra Gospodarki (MG) m in.: 1) czy ministerstwo gospodarki (MG) ma w planach wytwarzanie energii za pomocą MFW, 2) jakie jest stanowisko MG w sprawie konkurencyjności energii pozyskiwanej przez MFW w stosunku do elektrowni jądrowych, 3) i na koniec – czy zna i jaka jest opinia MG o raporcie instytutu Energetyki Odnawialnej dot. MWKA.

W odpowiedziach na pierwsze dwa pytania (powyżej tylko początek odpowiedzi) MG odpowiada jak zwykle, ogólnie, odwołując się tam gdzie może do polityki energetycznej PEP2030 i Krajowego Planu Działań (KPD), ale też jeśli chodzi o potencjał energetyczny na najbliższe 15-20 lat (7 GW), potencjał tworzenia miejsc pracy (8000 etatów) pośrednio potwierdza dane przyjęte do analiz w raporcie MWKA, a w przypadku wysokości nakładów inwestycyjnych na MFW nawet je zaniża w stosunku do tych przyjętych w raporcie. I tak na 2020 rok nakłady te oceniono na ok. 2,25 mld EUR/GW , podczas gdy w raporcie MWKA przyjęto ok. 2,6 mld EUR; MG w swojej odpowiedzi na interpelację przyjęło też znacznie szybsze tempo spadku kosztów MFW do 2030 r. – do 1,25 mld EUR/GW niż w raporcie MKWA). Niezwykle pozytywnie (ale i optymistycznie i, -wobec wcześniejszych niespełnionych - coraz mniej wiarygodnie brzmi zapowiedź MG o tym, że do rozwoju MFW przyczyni się ustawa OZE, która wprowadzi „korzystny i stabilny system wsparcia dla MFW”. Mimo wszystko to ważna zapowiedź, bo w dotychczasowych prezentacjach koncepcji (tylko) ustawy, odrębna regulacja dot. MFW nie była tak jednoznacznie zapowiadana.

Jeżeli chodzi o odpowiedź na 3 pytanie w interpelacji posla Godsona, to zaczyna się też pozytywnie i konstruktywnie; MG potwierdzilo że zna raport MWKA i go szczegółowo analizuje. Nie można zatem mowić o lekceważeniu, ku czemu sklaniają sie niektore srodowiska energetyki jądrowej.
Zgłasza jednak kilka „wstępnych” uwag dot. a) zawyżonego (45%) współczynnika wykorzystania mocy, b) pominiętych kosztów dotacji i wsparcia produkcji energii z MFW na koszt produkcji energii elektrycznej w kraju, c) braku ujęcia kosztów przyłączenia MFW do sieci.

I tu, czekając na pełniejszą analizę w MG wyników raportu MWKA chciałem, krótko tylko wyjaśnić, że:
Ad a) przyjęcie produktywności MFW na Bałtyku na poziomie 45% jest poparte w raporcie MWKA szerszą analizą teoretyczną i uzasadnione prezentacją danych empirycznych (str. 23 raporty MWKA) , w świetle których 45% (wobec podawanych w literaturze 45-55%) to wartość konserwatywna. Aby odwołać się do innych danych wywodzących się z grupy PGE, która jako całość nieporównywalnie silniej dotychczas angażowała się w budowę EJ niż MFW, przyjmując pierwsze założenia dotyczące budowy do 2020 r. pierwsze 1 GW farmy wiatrowej na Bałtyku, przyjmuje jej produktywność na poziomie 46-51% (obliczone na podstawie zał. produkcji energii 4000-4500 GWh/rok).
Ad b) analizy w raporcie MWKA zakładają że ani EJ Żarnowiec ani klaster MFW nie uzyskają żadnych dotacji, gwarancji bakowych ani wsparcia eksploatacyjnego i na krótką metę rzeczywiście koszty obu źródeł (jako koszty krańcowe w nowym energy mix) są niekonkurencyjne wobec energii z dotychczasowych, zamortyzowanych źródeł. W MWkA chodzi jednak o PORÓWANIE dwu technologii, bez zakłóceń metodycznych wynikających z ew. mniej lub bardziej jawnego systemu wsparcia.
Ad c) koszty przyłączenia do sieci MFW i wyprowadzenia mocy zostały wstępnie (na obecnym etapie) wyszacowane i ujęte , ale w modelu porównawczych analiz ekonomicznych do nakładów inwestycyjnych overnight - w raporcie str. 26 - została dodana tylko różnica (25 mln zł) w przyłączeniu do sieci MFW i EJ.

Mam nadzieję, że ta dyskusja będzie dalej trwała i że m.in. wzmocni to plany PGE w zakresie MFW kosztem EJ, które nie bazują moim zdaniem na rzetelnych i aktualnych analizach ekonomicznych. Jeżeli taka rzeczywista korekta w strategii tej spółki giełdowej sie nie pojawi (dywersyfikacji i alterntywa do kosztownej i ryzykownej energetyki jądrowej), PGE zacznie moim zdaniem tracić to co ma najceniejszego - zaufanie inwestorów.

W odpowiedzi na interpelację posła Godsona MG odwoło się do dwu dokumentów, z których pierwszy dotyczy nieznanego szerszemu kręgu raportowi ARE pt. „Analiza porównawcza kosztów wytwarzania energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych, węglowych gazowych i w odnawialnych źródłach energii”, który chyba (najwyższa pora) trzeba ujawnić, zwłaszcza że był on i ponoć dalej jest bazą ekonomiczną do decyzji w sprawie realizacji programu PPEJ. Ale nie mniej interesuje mnie, a powinno zainteresować też inwestorów i banki, inny raport ARE z tego roku pt. „Aktualizacja prognozy zapotrzebowania na paliwa i energię do 2030 roku”, zapowiadający … 43% wzrost - jeszcze wyższe niż w PEP2030 - zapotrzebowanie na finalną energię elektryczną.

Choć o tejemniczym raporcie niewiele wiadomo, a już prawie nic o przyjętych zalozeniach i metodyce, to stawiam tezę, o możliwym przeszacowaniu zapotrzebowania (zwłaszcza po 2020 roku) i nie uwzględnieniu także w tej prognozie pewnej adaptacji rynku do wyższych cen energii elektrycznej. Dziwić może to, że tak ważne i pewnie kontrowersyjne opracowanie, wpływające na decyzje MG i rządu jeśli chodzi o wsparcie (do pewnego poziomu) nowych inwestycji w energetyce nie jest znane i nie było konsultowane. Brak jest rzetelnej i powszechnie dostępnej (weryfikacja i jednakowe poinformowanie uczestników rynku) informacji na temat prognoz zapotrzebowania na energię.

Tak więc, pomimo banalnosci odpowiedzi, przynajmniej niektóre interpelacje poselskie prowadzą do pozyskania ciekawych danych/faktów, szkoda tylko że niedostępnych w systemie zwyczajnego dostępu do informacji publicznej.